Here’s looking at you, kid

Tamtego dnia powietrze miało zapach krematorium, ściany falowały niebezpiecznie, a za każdym razem gdy patrzyłaś przez okno na huczący las, czułaś jakąś wrogą obecność, kątem oka rejestrowałaś ruch obok siebie, twoje myśli falowały i szumiały jakby były częścią tego przeklętego domu i lasu, który go otacza. Wychlałaś już wszystko, co było do wychlania, wódkę, piwo i whisky, ale nadal czułaś się zupełnie abstrakcyjnie, jak bohater komiksu albo jakiś papa smerf.

W łazience znalazłaś pamiątki po wizytach małej diablicy - kilka napoczętych butelek z dziecięcym syropem na kaszel, aviomarin, trochę aspiryny. Połknęłaś wszystko na raz, od razu poczułaś się lepiej. W jednej chwili wszystko stało się takie wzruszające. Cienie na ścianie, miękkość i zapach czystej pościeli. Włączyłaś tv, zachwyciłaś się. Ile prawdziwych, mocnych emocji, ile prawdziwego życia. Ile prawdziwych tragedii! A ty, niewdzięczna, masz wszystko i chcesz umrzeć? Skamlesz jak dzika suka, wyjesz chuj wie o co. Masz faceta, o którym inne / inni mogą tylko pomarzyć. Jest ci mężem i kochankiem, matką i ojcem, nauczycielem i katem, bogiem i diabłem, zbawieniem i potępieniem.

Zastał cię płaczącą i zarzyganą. Mógł zrobić piekielną awanturę, a tylko westchnął. Mógł zabić, a tylko zaciągnął cię do łazienki i wrzucił do wanny jak jakiegoś szczeniaka. Wykąpał cię, wytarł do sucha i położył do łóżka. Nie zapomniał nawet postawić obok miski, a na nocnej szafce butelki piwa.

Go ahead, make my day

Już późno. Śpij. Wygrzeb sobie jamę w liściach, zwiń się w kłębek lub zamień się w kamień. Zapomnij o wszystkim. Świat już dawno o tobie nie pamięta.
Niebo miało kolor oberżyny. Drzewa drapały je swoimi nagimi, suchymi gałęziami. Las pluł czerwienią zachodzącego słońca. Nie patrzyłaś już na NIEGO, kiedy zaciskał swoje piękne, eleganckie dłonie na twojej szyi. Nawet nie bardzo bolało.
Miałaś przeświadczenie, że tym razem  nie zwolni uścisku. Że wreszcie będzie koniec. Ale i tym razem darował ci życie. Nawet przepraszał. Tłumaczył się problemami. Przecież czytasz gazety, nie jesteś głupia.
Nic nie mówiłaś, nie chciało ci się. Nawet kiedy podwinął ci spódnicę i rozerwał rajstopy razem z majtkami. Poruszał się szybko, jakby chciał uporać się z nieprzyjemnym obowiązkiem. "No powiedz coś, nie zachowuj się tak, przecież nic się nie stało, przepraszam".
"Zabij mnie", powiedziałaś niewyraźnie przez opuchniętą wargę. Musiałaś powtórzyć jeszcze kilka razy zanim zrozumiał. Wtedy zaczął się śmiać - Why so serious? - "ty już jesteś trupem, dziecinko, czy można zabić trupa?".